polski   Polska  małopolskie   Moje Podwórko   |  Poczta 
  Portal / Z życia Wadowiczan / Maciej Szumowski ... Niedziela - 25 czerwca 2017 Łucji, Witolda, Wilhelma      "Swoją radość można znaleźć w radości innych; to właśnie jest tajemnica szczęścia". Georges Bernanos  
Szukaj     Szukaj wg branz Dodaj wpis
Powiększ +

Maciej Szumowski ...
 

Maciej Szumowski, legendarny redaktor Gazety Krakowskiej, zmarł na początku 2004r. Jedną z ostatnich rozmów z M. Szumowskim przeprowadził Wojtek Borkowski, wadowiczanin z urodzenia, dziennikarz z wykształcenia. Jest dziennikarzem TVN.

 ( wywiad ukazał sie w "Tygodnikiu Powszechnym)

Wspomnienie o Macieju Szumowskim (1939-2004)

Pisanie na trudne tematy

Z MACIEJEM SZUMOWSKIM rozmawiał Wojciech Borkowski z Wadowic

 

WOJCIECH BORKOWSKI: – W przemówieniu z 18 sierpnia 1980 r. I sekretarz KC PZPR Edward Gierek potępił rozpoczynające się strajki oraz przestrzegł przed możliwością ich wykorzystania przez siły anarchistyczne i antysocjalistyczne. Cztery dni później w „Gazecie Krakowskiej”, w felietonie z cyklu „W pół słowa”, pisze Pan: „W takich okolicznościach nietaktem jest filozofowanie sobie a muzom. Ale (...) jeszcze większym grzechem jest bezmyślność połączona z biernym oczekiwaniem na rozwój wypadków. I jakby słyszę tu i ówdzie starą śpiewkę o przeczekaniu. Do licha, ludzie, czy wy chcecie przeczekać życie?! Inni zaś, głupsi o całe niebo, nic tylko by skończyli z tym wszystkim każdym sposobem i za każdą cenę. Tych eliminowałbym nie tylko z jakiegokolwiek działania, ale i ze stołków, na których siedzą. (...) Bo nastał taki czas, że nie sposób już myśleć kategoriami doraźnych ustępstw czy doraźnych żądań. O sensie społecznym ostatnich tygodni zdecydują bowiem umiejętności wyciągnięcia trwałych wniosków na przyszłość. Takich wniosków, które by gwarantowały stały i nieprzerwany rozwój myśli obywatelskiej od ludzi do władzy i na odwrót”. Jak było możliwe takie pisanie?

 

MACIEJ SZUMOWSKI: Sztuka pisania na trudne tematy polegała na tym, że trzeba było wymanewrować cenzurę: aluzjami, skojarzeniami, urwanymi zdaniami. Istniał cały system obchodzenia zakazów. Aluzjami o partyjnych idiotach, co chcą przeczekać, nawoływałem do rozpoczęcia poważnego dialogu społecznego. Niełatwo pisało się coś takiego, bo ktoś musiał później wziąć odpowiedzialność za taki tekst. Głównie robił to ówczesny redaktor naczelny „Gazety” – Zbigniew Regucki. Przynosiłem mu ostrzejsze wersje, on je łagodził. To były targi o każde słowo. Dzisiejsi historycy przeceniają rolę cenzorów, a to nie od nich wszystko zależało, np. gdyby Regucki należał do partyjnego betonu, nigdy nie pozwoliłby na druk moich felietonów.

W kolejnym felietonie pisał Pan o spotkaniu robotników w hucie im. Lenina w Nowej Hucie, które, przypadkowo zresztą, zarejestrował Pan kamerą. Robotnicy przekonują się, że media mogą nie kłamać...

Na zaufanie robotników musiałem zapracować. I to nie jednym tekstem, ale pisanymi latami felietonami i reportażami w TV. Krakowianie umieli wyczuć, że często nie mogę pójść w pisaniu dalej, ale doceniali, że przynajmniej staram się powiedzieć coś prawdziwego. Dzięki temu zaufaniu uczestniczyłem z moją ekipą telewizyjną w pierwszym zebraniu „Solidarności” w hucie. Kogoś innego raczej by nie wpuścili.

Kamera ośmieliła robotników, którzy nabrali impetu i atakowali np. ludzi z Komitetu Wojewódzkiego. Potem sprawdzali, co z tego ukazało się na antenie. Walczyłem w telewizji, żeby wyemitowano jak najwięcej, żeby relacja była uczciwa. Aparatczycy zaś nie mogli pojąć, że nagle robotnicy mówią im prawdę prosto w twarz! Szukali więc kozła ofiarnego i wskazali mnie: robotnicy byli krytyczni, bo kamerą zaogniłem sytuację.

 

Jak przetrzymać cenzora...

Władza wiedziała, na co Pana stać, ale mimo to jesienią 1980 r. mianowano Pana redaktorem naczelnym „GK”.

W Krakowie, także w Gdańsku, zdarzali się w KW ludzie, co byli w miarę odważni i usiłowali rozmawiać ze społeczeństwem, dziennikarzami, strajkującymi. Niewielu dziś o tym pamięta. Nie poznałem mechanizmów, które sprawiły, że zostałem naczelnym. Przypuszczam, że był to pomysł Zbigniewa Reguckiego – mego poprzednika, jednego z najodważniejszych działaczy partyjnych i przeciwnika głupiego, partyjnego betonu, co uważał, że nic się nie stało, a strajki można rozwalić siłą.

To był gest: nie obsadzono stanowiska człowiekiem z aparatu partyjnego, ale dziennikarzem, który sporo „podskakuje”. Krakowski Komitet pokazał, że są w partii ludzie, którzy chcą rozmawiać. Budziło to, oczywiście, mnóstwo oporów, np. szef SB w Krakowie, Gołębiowski (za jego czasów zginął Stanisław Pyjas), wystąpił przeciwko mnie na plenum mówiąc, że nie powinienem obejmować tego stanowiska, bo nie jestem ich człowiekiem. Poleciłem tę wypowiedź skrupulatnie wydrukować. Cenzura nie mogła się do tego przyczepić, bo była to przecież wypowiedź szefa SB, choć podważała decyzję partii. Publikacja tego protestu i jednocześnie świadectwa, że nie jestem człowiekiem aparatu, oraz mojej ironicznej odpowiedzi postawiła go w głupiej sytuacji. To było zjawisko bez precedensu – zrobienie bałwana z szefa SB. Czytelnicy ryczeli ze śmiechu, a Gołębiowski musiał oberwać od przełożonych, że dał się ośmieszyć.

Poczułem, że jeżeli jest jakakolwiek szczelina i tarcia frakcji partyjnych, a mnie starczy odwagi, żeby wbijać między nie klin, będę wykorzystywał tę sytuację dla poszerzania sfery wolnego słowa. Przełamano tabu wokół szefa SB, pokazując, że można z nim dyskutować, nie zgadzać się, nawet ośmieszyć. Gdyby mnie za to odwołano z funkcji redaktora naczelnego, byłby to sygnał dla „Solidarności”, czytelników, robotników w Hucie. Od tego momentu oni wszyscy mnie bronili.

Pisał Pan wówczas o reformowaniu partii, bo uważał Pan, że skoro nie można zmienić systemu, trzeba przynajmniej zreformować partię?

Nie filozofowałem, bo brakowało mi wiedzy geopolitycznej. Widziałam, że nogi systemu zaczynają się chwiać, ale przecież ciągle byliśmy w Układzie Warszawskim.

Pamiętałem jednak precedens Października 1956 r. Zaczynałem wtedy studia. Nauczyłem się, że w tym systemie zdarzają się krótkie okresy, kiedy pojawia się szansa walki o demokratyzację, wolność słowa i trzeba ją podjąć, po prostu. Trzeba poszerzać pole wolności, nawet minimalnie. I w 1980 r. pojawiła się, całkiem realna, na to szansa. Od początku byłem świadomy ryzyka. Po starciu z szefem SB, było wokół mnie zaledwie kilku ludzi, którzy mnie wspierali np. Zbyszek Regucki. Byli mi życzliwi i... ciągle się niepokoili.

Na ile miał Pan wolną rękę w kształtowaniu linii „Gazety Krakowskiej”?

To nie było tak, że wymuszałem wolność wypowiedzi. Większa od moich kwalifikacji intelektualnych była odwaga...

Szanse na wydrukowanie czegoś nowego i przełamanie jakiejś bariery dla wolności słowa pojawiały w nocy. Do piątej rano nie spałem – pilnowałem, żeby cenzura za dużo nie wykreślała. Brałem ich na zmęczenie i, po prostu, przetrzymywałem. Poza tym, cenzorzy byli jedynie urzędnikami, nie stali ponad partią, a ja byłem naczelnym gazety partyjnej. Jeżeli oddawałem cenzorowi jakiś ostry, przekraczający pewne granice tekst, cenzor bał się cokolwiek z tym robić. „Może on ma jakieś instrukcje i może tak pisać?” – cenzorzy mogli brać pod uwagę taką ewentualność i tracili busolę.

Czy były jakieś specjalne instrukcje cenzorskie „na Szumowskiego i »Krakowską«”?

Nie zajmowałem się tym. Zresztą, nie chcę być kombatantem. Musiało się kotłować niesłychanie, skoro ambicją Stefana Olszowskiego – mojego głównego przeciwnika, przywódcy twardogłowych w partii, któremu podlegała prasa – stało się odebranie mi funkcji naczelnego i zahamowanie stylu pisania, jaki wprowadziłem w „Gazecie”. Olszowski na każde posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR powielał, co bardziej odważne artykuły z „GK” i rozdawał jako dowód, że Szumowski i „Gazeta” niszczą partię.

Doszło do tego, że zachodni ambasadorzy zjeżdżali do mnie wiedząc, że w Krakowie inaczej pisze się o PZPR niż np. w gazetach warszawskich. Chcieli też przewidzieć kurs polityczny, jaki zwycięży w partii. Na Wielopolu, gdzie była siedziba redakcji, przyjąłem m.in. ambasadora Wielkiej Brytanii, Szwecji, USA. Ostrzegali mnie, że idziemy „za daleko”, że Polska przypomina okręt, płynący bez sternika. Jedni mówili to delikatnie, ale zdarzył się i taki, co powiedział mi prosto w oczy, że szkodzę Polsce i pogrążam ją w chaosie.

Tego, że rozwalamy partię bała się też opozycja. Sposób pisania w „GK” podważał koncepcję „czerwonej czapeczki”: silna partia ma istnieć i gwarantować równowagę geopolityczną. Opozycja tymczasem zdobędzie jakieś pole do działania.

 

Dziennikarze i oportuniści

„GK” stała się wówczas bardziej informacyjna, np. zrezygnował Pan z wszechobecnych notatek PAP na rzecz bezpośrednich relacji dziennikarskich.

O to toczyły się najcięższe walki. Ich publikacja to był rytuał, one musiały być! W PAP nie było jednak informacji, tylko oficjalne stanowisko partii. Jeżeli jej notki wylatywały, był to jednoznaczny dowód ignorowania oficjalnej, ustalonej przez partię, interpretacji wydarzeń. Broniłem się argumentami dziennikarskimi: dlaczego mam drukować PAP, skoro mogę wysłać korespondenta do Warszawy, Gdańska czy gdziekolwiek, gdzie coś się działo, i mieć informacje z pierwszej ręki?

Przykładem walki z depeszami PAP-u były wydarzenia w Bydgoszczy z wiosny 1981 r., kiedy usiłowano sprowokować kilku działaczy „Solidarności”, opisując to później jako „zachowania anarchistyczne”. Władze uparły się, że nie puszczą dziennika z relacją reportera, którego wysłałem na miejsce, a zamiast niego mam opublikować notatkę Agencji. Nad ranem ustaliliśmy, że opublikuję trzy relacje: PAP, wysłannika „Gazety” i komunikat tamtejszego samorządu. Zgodzili się na to i, około południa, „Gazeta” była w sprzedaży.

Czy obejmując stanowisko naczelnego „GK” przeprowadził Pan zmiany kadrowe?

Gdy przejmowałem „Krakowską” zespół był zużyty, ale nie mogłem go wymienić, bo dostarczyłbym amunicji przeciw sobie betonowi partyjnemu. Widziałem jednak, że dziennikarze nie byli monolitem: obok oportunistów byli myślący i odważni. Moją linię robienia pisma popierało jednak – tak „od serca”, bez lęku i z przekonaniem – zaledwie kilka osób: Tadek Pikulicki, Jasiu Piekło, przede wszystkim moja żona – Dorota Terakowska, która już wcześniej pisała ambitne reportaże, Lusia Lazar. Inni, z oportunizmu lub dyscypliny, jedynie wykonywali to, co im kazałem.

Kiedy Maciej Szumowski stał się na tyle niebezpieczny dla władzy, że postanowiono go pozbawić kierowania „Gazetą”?

Po wydarzeniach bydgoskich władza szukała pretekstu do konfrontacji i co chwilę próbowano mnie odwołać. Egzekutywa KW PZPR musiałaby jednak podjąć taką uchwałę większością głosów. Tymczasem większość była po mojej stronie.

Kłamałem. Nie mówiłem, że mamy mieć Kreml w nosie i starać się o przyjęcie do EWG czy NATO, ale używałem ich języka, zapewniając, że być może posuwamy się za daleko, ale będziemy starali się być obiektywni; że na razie nie możemy się cofnąć, bo stracimy zaufanie czytelników, ale mamy takie plany... Wiedziałem, że jeśli jeszcze jeden tydzień, miesiąc będę trzymał taki kurs „Gazety”, parę osób więcej może powiedzieć coś ważnego, co warto, żeby ludzie przeczytali. To był czas uczenia ludzi demokracji i samorządności.

 Miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego doszło do najpoważniejszej próby usunięcia mnie z funkcji naczelnego. W świat miała pójść wiadomość, że odwołał mnie zespół redakcyjny. Przygotowano już nawet relację dla „Dziennika” w TV. Wygłosiłem jednak płomienne przemówienie przed plenum KW PZPR i pozostałem naczelnym dzięki jednemu głosowi. Bredziłem tak, że aż mi wstyd, np. o wichrzycielach, wobec których już niedługo mieliśmy przejść do ofensywy. To były kłamstwa, ale mogłem robić gazetę w miarę samodzielnie aż do 13 grudnia 1981 r. Po ogłoszeniu stanu wojennego nie wpuszczono mnie do redakcji, przepadły nawet moje osobiste rzeczy i notatki. Zawieszono wydawanie „GK”, a po reaktywacji była to najbardziej „betonowa” gazeta reżimu. Wstyd było przyznać się do niej. Nawet w czasie rozmów przy „okrągłym stole” w 1989 r., w „GK” dalej drukowano reżimowe kłamstwa.

Kiedy byłem z pielgrzymką robotników z Nowej Huty w Rzymie, Papież przywitał mnie słowami: „Witam redaktora naczelnego »Gazety Krakowskiej« w latach 1980-81”. „Gazeta” ma wiele plam na sobie i to, że Papież zapamiętał taki szczególik, jak lata 1980-81 i wymienił je, żeby mnie nie urazić jako dawnego szefa „GK”, świadczy o formacie tej postaci.

 

WOJCIECH BORKOWSKI jest dziennikarzem TVN, pochodzi z Wadowic

 

Opr. Anna Mateja

© Wszelkie prawa zastrzeżone - INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: PROMEDIA